Jak zrobić film z sześciu ujęć i trafić na skróconą listę kandydatów do Oscara, mówi Karolinie Pasternak reżyser „Królika po berlińsku”
Pomysł na „Królika po berlińsku” narodził się podobno na zajęciach u Marcela Łozińskiego. I podobno był to po części jego pomysł?
– Łoziński słyszał, że króliki żyły na pasie ziemi niczyjej. Nie widział żadnych zdjęć i wyobrażał sobie idylliczny obrazek: białe króliki na zielonej trawce. Twierdził jednak, że ten film można było zrobić tylko w 1989 roku: pokazać tragedię królików, które nie potrafią odnaleźć się na wolności, co miało być smutną przepowiednią tego, co później stało się z postsowieckimi społeczeństwami.
Gdy zabraliśmy się z Piotrem Rosołowskim do dokumentacji, znalazł on na berlińskich podwórkach potomków tamtych królików, widział, jak wegetują – oto co zrobił z nimi dziki kapitalizm. Metafora nasunęła się sama. Mogliśmy więc pokazać pełną historię: socjalizmu, transformacji i tego, jak się dzisiaj niektórym żyje.
Łoziński nie zabrałby się pewnie do tego filmu z jeszcze jednego powodu: udało nam się dotrzeć do zaledwie sześciu archiwalnych ujęć. Z tego nie dało się zrobić klasycznego dokumentu, jakiego wyznawcą jest Łoziński. My mieliśmy bardziej elastyczny stosunek do formy. 80 procent filmu to rzeczywistość spreparowana, to znaczy wykorzystujemy archiwalia, na przykład zdjęcia polityków patrzących ze wschodniej i z zachodniej strony muru. Tyle że oni nie patrzyli na króliki.
Kreacja jest dziś w dokumencie na porządku dziennym, wpisaliście się w ten trend.
– Wraz z rozwojem dokumentu jego język się zmienia, nie ma już gatunkowego puryzmu. Ale to, co wykonaliśmy w „Króliku...”, ma też długą tradycję w historii polskiego kina. Dokument aluzyjny, posługujący się metaforą, rozwijał się przez cały PRL. Inna sprawa, że wtedy wszystko było robione na poważnie, bo czasy były poważne. My natomiast od początku zakładaliśmy, że spuścimy z tego balonu trochę powietrza. Pojawił się pomysł animowanego królika jako narratora, ale czuliśmy, że to byłoby przegięcie. Ostatecznie stanęło na konwencji filmu przyrodniczego: jest poważna, a co kto zabawnego pod tą przykrywką znajdzie, to już jego sprawa.
Temat królików okazał się zaraźliwy – zainspirowaliście Izabelę Plucińską, która zrobiła o berlińskich królikach animację „Esterhazy” pokazywaną w kinach razem z „Królikiem...”.
– Gdy cztery lata temu zaczynaliśmy zbierać dokumentację do filmu, nie mieliśmy żadnego wsparcia finansowego, a co za tym idzie – pieniędzy na noclegi. Zatrzymaliśmy się więc u Izy, której mieszkanie jest berlińską metą polskich filmowców. Któregoś dnia pokazaliśmy jej książkę dla dzieci Irene Dische o króliku Esterhazym, który rusza z Wiednia do berlińskiego raju. Tak się zachwyciła, że gdy poszliśmy na spotkanie z Dische, Iza nagle zapytała o kupno praw do „Esterhazego”. Trochę nas tym zaskoczyła, baliśmy się, że wejdziemy sobie w paradę, ale ostatecznie wyszły dwa zupełnie różne filmy.
Z których jeden znalazł się właśnie na skróconej liście dokumentów kandydujących do Oscara. Jak się o tym dowiedziałeś?
– Dostałem e-mail. Nadawcą była Amerykańska
To jak oceniasz szanse na nominację?
– Uwierzyłem w to, co mówi się dookoła. W tym towarzystwie jesteśmy chyba faworytami.
rozmawiała Karolina Pasternak
„Przekrój” 48/2009