Źródło: tutaj
Słów kilka o "Króliku po berlińsku" i poniedziałkowej debacie
Wczoraj zaprezentowaliśmy wideo-relację z debaty o 1989 roku, do której wstępem był dokument "Królik po berlińsku". Dziś pora powiedzieć kilka słów o filmie jak i o samej debacie.
"Królik po berlińsku", najnowszy film Bartka Konopki, prezentowany był wczoraj przy pełnej widowni. Zachwycona publiczność nagrodziła twórcę wraz z zespołem realizatorów gromkimi brawami. Czy zasłużenie? Film trwa mniej niż godzinę, złożony jest z ujęć, jeśli nie znanych, to z pewnością nie zaskakujących, wypowiadają się tu mieszkańcy Berlina Wschodniego i Zachodniego, eksperci, żołnierze pełniący niegdyś służbę w pasie granicznym. To film o murze berlińskim okalającym wyspę Berlina Zachodniego, a to przecież naprawdę nic nowego, przynajmniej na polu niemieckiego kina dokumentalnego.
A jednak – to pierwszy film dokumentalny o murze berlińskim posługujący się konwencją... filmu przyrodniczego. Pierwsze ujęcia przedstawiają, rzecz jasna, tytułowe króliki. Stopniowo kamera przechodzi od detalu, zarysu oka, sierści aż po plan pełny, w którym widać tu i tam sympatyczne, kicające zwierzątka i zza kadru nagle rozbrzmiewa znany głos – oczywiście, czyta Krystyna Czubówna. Nie, tego nikt się nie spodziewał, tego zdecydowanie jeszcze nie było. Ale czy tak wolno, czy aby należy? Przecież chodzi o temat poważny a tu – króliki.
I co miał mur do królików? Otóż, to bardzo proste. Mur berliński był architektoniczną konstrukcją składającą się z kilku elementów, przede wszystkim sam mur to były raczej dwa mury wzmocnione zasiekami i zaporami przeciwczołgowymi, oddzielone od siebie pasami zieleni i ziemi. Przestrzeń między murami oświetlona była latarniami, poddana nieustannej kontroli patrolujących żołnierzy z psami. W momencie powstania muru króliki zostały niejako schwytane w tę przestrzeń, zamknięte w niej jak
Króliki są niekwestionowanymi bohaterami filmu, mamy mnóstwo ujęć prezentujących przeróżne aspekty ich życia, jednak historia o królikach jest rodzajem metafory, która daje się zinterpretować jako historia o podzielonym Berlinie a może bardziej jako opowieść o Niemczech Wschodnich, o życiu w NRD. Początkowo ta metafora się nie jest oczywista, ale komentarz zza kadru nie pozostawia wątpliwości, że ten króliczy punkt widzenia to przecież ludzka perspektywa. Bo cóż znaczy, że króliki "sądziły, że je tu zamknięto dla ich własnego dobra" albo skomponowanie ujęć przedstawiających Ericha Honeckera z komentarzem, że to "gospodarz łąki królików", i że "króliki były jego oczkiem w głowie"?
Film daje się znakomicie odczytywać łącząc dwie perspektywy widzenia tak nierozłączne, oświetlające się wzajemnie, że w jasny sposób opowieść o królikach staje się opowieścią o totalitarnym systemie, o zniewoleniu, absurdzie władzy. Dzięki nowemu kontekstowi bezsens, okrucieństwo i nieludzkość systemu są widoczne ostro jak nigdy dotąd.
Film jest przy tym tak zabawny, błyskotliwy, przewrotny a przy tym wydaje się doskonale wyważony. I choć interpretacja filmu pociąga za sobą jednocześnie decyzję o przyjęciu tezy o paralelności konkretnych losów ludzkich i zwierzęcych, to jest ona na gruncie tego medium i formy szalenie oryginalną oraz subtelnie proponowaną. Śmiech,, zaskoczenie, przerażenie, wzruszenie – Konopka gra na uczuciach widzów z pewnością wirtuoza.
Integralną częścią filmowego pokazu była debata "Sztuka filmowa a wydarzenia 1989 roku", w której udział wzięli: Andrzej Wajda, Maciej Drygas, Thomas Frickel i autor zamieszania z królikami - Bartek Konopka. Debatę, jednocześnie transmitowaną przez Program III Polskiego Radia, poprowadził Ryszard Jaźwiński.
Temat przewodni debaty w interesujący sposób poprowadził uczestników meandrami swych rozległych kontekstów, i w jakiś sposób a może na szczęście (przynajmniej dla mnie) zagadka relacji: kino a wydarzenia historii najnowszej, symbolizowanej przez rok 1989 – nie została rozwiązana. Jednak, to z pewnością nie było spotkanie nieudane, anegdoty sypały się jak z rękawa, goście wchodzili z sobą w polemiki, zastanawiając się nad wartością kina, nad przemianami medialnymi, przeżywaniem opowiadanych przez kino historii, zmianami w opisywaniu filmowych wydarzeń, co chwilę wracając do filmowych królików z Berlina, które były wciąż pewnego rodzaju punktem odniesienia.
Reżyser niemiecki Thomas Frickel próbując odpowiedzieć na pytanie, dlaczego dotąd Niemcy nie podjęli takiej perspektywy, którą wyzyskuje Konopka, tłumaczył, że dotąd w centrum zainteresowania niemieckich filmowców byli głównie ludzie i ich losy. Może to być też związane z przyjętym modelem realizacji filmowej lub kwestią postrzegania NRD z perspektywy Niemiec Zachodnich, naznaczonego pobłażliwością. Ponadto sądzę, że nie należy zapominać, że spojrzenie polskiego reżysera na mur berliński jest do pewnego stopnia spojrzeniem niezaangażowanym.
Andrzej Wajda rozpoczynając swoje refleksje od sformułowania z właściwą sobie błyskotliwą ironią, uwagi: "nie widzę takich aktorów jak te króliki", tłumaczył, czym jest i jak oddziałuje kino, jak zmienia się jego społeczny odbiór w zależności od historyczno-politycznego kontekstu. Maciej Drygas niejako nawiązując do roli kina, wspomniał, że aby obejrzeć "Człowieka z marmuru" przyjechał z Moskwy, gdzie studiował w szkole filmowej, aż do Warszawy. Dziś chyba raczej próżno szukać tak oddanych kinomanów.
Pomimo uczestniczących w debacie znakomitych gości zdziwił mnie brak w panelu dyskusyjnym krytyków filmowych zainteresowanych filmami o najnowszej historii czy sztuką dokumentu, czy też raczej brak krytyków filmowych w ogóle. Zabrakło też tego, co według mnie najważniejsze – udziału zgromadzonej na widowni publiczności. Publiczność bowiem zdecydowała się na kontynuowanie rozmów o kinie w mniej formalnej atmosferze, delektując się smakowitościami cateringu przygotowanego z okazji filmowej premiery. Jakie wnioski pojawiły się w wyniku połączenia smaku świetnego kina ze zmysłowością bufetu – nie mam pojęcia.